Magia pieniądza

Tomasz Jaroszek: komentarze ze świata finansów

2012-01-22 18:35

Sprostowanie ws. wypowiedzi do TVP o SKOK

W dniu 12 stycznia 2012, kiedy Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie ws. objęcia nadzorem bankowym Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo – Kredytowych, ukazał się mój komentarz co do „sporu o kontrolę nad SKOK-ami” w wieczornych Wiadomościach TVP. Materiał, jaki ukazał się po zmontowaniu nie oddawał w pełni problemu i brakowało w nim wyraźnie wypowiedzi o ochronie depozytów w tych instytucjach. Pragnę sprostować i przede wszystkim uzupełnić wypowiedź, którą obejrzeli widzowie TVP.

W wypowiedzi dla TVP widzowie usłyszeli z moich ust, że banki w razie problemów może uratować Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a SKOK-i muszą sobie radzić same. Zabrakło jednak wcześniejszej informacji (nie ukazała się już w materiale o ochronie depozytów w samych Spółdzielczych Kasach. SKOK-i nie są objęte BFG, ale pieniądze klientów nie są absolutnie pozostawione bez ochrony. Tutaj widz, który nie zna dobrze tematu, mógł zostać wprowadzony w błąd.

Depozyty złożone w Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo – Kredytowych są chronione przez Program Ochrony Depozytów Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo – Kredytowych prowadzony przez Krajową Spółdzielczą Kasę Oszczędnościowo – Kredytową (KSKOK), i Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo – Kredytowych (TUW SKOK).

Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe powstawały jako organizacje lokalne, działające w oparciu o wzajemne zaufanie członków. Dzisiaj ilość klientów, która im zaufała dorównuje konkurentom z sektora bankowego. Opiekują się depozytami na kwotę 14 mld złotych. Dla klienta najistotniejsze jest bezpieczeństwo pieniędzy klienta i to właśnie jest przyczyną „sporu o nadzór”.

Po wyroku TK nadzór finansowy zweryfikuje kondycję kas, co pozwoli wykluczyć jakiekolwiek wątpliwości, co do ich stanu finansów.

Moja wypowiedź nie miała na celu podważenia wiarygodności SKOKów, a jedynie wyjaśnienie różnicy usług i gwarancji przechowywanych depozytów. Niepełna wypowiedź po montażu mogła jednak wprowadzić w błąd widza, za co pragnę przeprosić widzów.

Tomasz Jaroszek, Bankier.pl

2011-12-19 9:16

David Cameron: Świąt nie będzie

Grudzień w świecie finansów to czas podsumowań, rajdu św. Mikołaja na giełdach i masowej sprzedaży kredytów gotówkowych w bankach. Lada moment przyjdą raporty roczne i prawdziwe święta finansistów – czas liczenia zysków. W tym roku może być jednak znacznie trudniej znaleźć pod choinką upragnione premie. Widmo kryzysu też chce usiąść przy świątecznym stole. Niektóre choinki w bankach trzeba będzie wręcz sprzedać. Możliwe, że i same banki też.

Wszyscy czekali na spóźniony prezent, który mieli wręczyć rynkom politycy na unijnym szczycie. Nie było sprecyzowanych oczekiwań, chociaż lista życzeń była całkiem spora. Można dodrukować euro – wtedy prezentów starczy dla wszystkich. Niektórzy chcieli euroobligacje, niech jedni płacą swoją wierzytelnością za drugich. I skończą się podziały Europy. Dla wielu Mikołajem miał być szef Europejskiego Banku Centralnego. Wystarczyło, że obieca pomoc i wielki skup obligacji krajów zadłużonych. Jak w amerykańskich centrach handlowych – niech każdy kupi ile uniesie, a po świętach będzie się martwić co z tym zrobić.

Jeśli o kupowaniu mowa, to ma nas nadal uratować sprzedaż w czwartym kwartale. Polacy sami z siebie wydają więcej niż inne kraje w Europie. Konsumpcja wewnętrzna napędzana świątecznymi kredytami ma na kolejne tygodnie podreperować stan gospodarki. W USA liczono na czarny piątek, czyli szał zakupów. Sklepy tak uwierzyły w magię jednego dnia wyprzedaży, że opuściły ceny do poziomów wręcz nieopłacalnych. Tak oto zatoczyliśmy błędne koło i święta zrobimy sobie sami, ale dla dobra gospodarki musimy wydać na nie dużo. Jak nam zabraknie to pożyczymy z banku. Jak co roku.

Czytaj więcej w nowym numerze Przeglądu Finansowego!
Pobierz najnowszy numer

W bankach poubierano już choinki. Na witrynach suto zastawione świąteczne stoły, oczywiście zakupione za pieniądze z niskim oprocentowaniem. Rodziny z plakatów i telewizyjnych spotów cieszą się prezentami kupionymi bez prowizji. A Już od stycznia cała rodzina zacznie to spłacać – oczywiście z bardzo niską ratą! Tutaj obraz jak co roku, chociaż banki z rekordowymi wynikami mają olbrzymie obawy przed nadchodzącym rokiem. Kilka instytucji może wkrótce zmienić właścicieli.

Banki też dostaną prezenty – od nadzorców. Już w grudniu wejdzie w życie ustawa o kredycie konsumenckim. Klient będzie wiedział więcej, bank będzie musiał pokazać mu czarno na białym za co płaci. Kolejne rekomendacje ograniczające możliwość udzielania kredytów już szykują się od stycznia. Doradcy finansowi obawiają się o przyszłoroczną sprzedaż, bo bez Rodziny na Swoim, ale za to z obostrzeniami, może być tak łatwo jak w tym roku.

Wszystko miało być w grudniu idealnie, ale gwiazdą betlejemską dla rynków był zmieniony traktat unijny. Bez tego nie powinniśmy zaczynać świąt, bo nadal pozostajemy z tymi samymi problemami. Według wielu komentatorów święta w tym roku odebrał przedstawiciel Wielkiej Brytanii – Premier David Cameron. Bliskość z USA okazała się ważniejsza niż znajomość ze Starym Kontynentem, a londyńskie Citi i brytyjski funt ważniejsze niż walka ze światowym kryzysem zadłużenia. Przynajmniej do kolejnego unijnego szczytu, inwestorzy prezentu nie dostaną.

Tomasz Jaroszek

2011-11-23 10:09

To rynki zdymisjonowały Berlusconiego

Włoskie społeczeństwo świętowało w ubiegły weekend odejście panującego przez długie lata premiera Silvio Berlusconiego. Na ulice wyszły tysiące wiwatujących ludzi, jak wtedy gdy Włosi wygrali mistrzostwa w piłce nożnej. Podobnie świętowały rynki, jednak tylko przez chwilę. Euforia na parkietach trwała zaledwie kilka dni, bo zmienił się jeden człowiek na stanowisku, ale nie zmieniła się beznadziejna sytuacja finansowa kraju. Inwestorzy otworzyli szampana, ale zaraz po pierwszym kieliszku, odstawili je z powrotem. Do świętowania brakuje znacznie więcej.

Massimo Franco, publicysta jednego z włoskich dzienników podsumował zmianę na stanowisku premiera słowami: „To co dziś oglądamy, to nie koniec jest koniec rządu. To koniec całego systemu politycznego. Koniec epoki.” Włoscy komentatorzy wypominają charyzmatycznemu politykowi, że zawiódł przedsiębiorców, którym obiecał liberalizację w gospodarce. Przypominają mu również ustawy, które wprowadził wbrew nastrojom w społeczeństwie, np. skrócenie okresu przedawnienia przestępstw korupcyjnych, kiedy jednym z głównych problemów włoskiego biznesu była właśnie korupcja. Przeciwnikom Berlusconiego nie brakuje argumentów.

Mario Monti, następca charyzmatycznego Berlusconiego, wprawdzie jest ekonomistą i jego CV wygląda imponująco na kryzysowe czasy, jednak działanie dzisiaj jest już leczeniem raka aspiryną. Decyzja o pakiecie reform i zmianie na stanowisku premiera zapadła, kiedy rentowność obligacji przekroczyła 7 proc., a takiej wartości włoska gospodarka nie uniesie. Teraz włoscy politycy muszą unieść ciężar reform, które w oczach każdego społeczeństwa byłyby odbierane jako trudne. Podniesienie wieku emerytalnego, zapomniana liberalizacja gospodarki, ale i cięcia wydatków oraz masowe zwolnienia – to tylko część ze wstępnych ustaleń, które Mario Monti będzie musiał przeforsować by utrzymać mandat od… rynków finansowych.

Czytaj więcej w nowym numerze Przeglądu Finansowego!
Pobierz najnowszy numer

Problemem zadłużonych krajów wydaje się być o działanie o krok za inwestorami. Nie na darmo mówi się, ze giełdy wyprzedzają realną gospodarkę. Kiedy Grecja formalnie mówiła o bankructwie, a duet Merkel i Sarkozy negocjował wartość darowanego długu, dokonano politycznej zmiany na stanowisku premiera. Dopiero teraz raz mówi się o reformach, kiedy kraj został przez inwestorów uznany za stracony. Kiedy wielu ekonomistów mówiło o gospodarce włoskiej, świat nadal patrzył na Greków, którzy grali w politycznego pokera z Niemcami i Francją. Dopiero spadające indeksy i dramatyczny skok rentowności obligacji przesądziły o zmianie Berlusconiego. Znowu za późno.
Zawirowania na rynkach finansowych, do których doprowadzili politycy zadłużając swoje kraje, będą dla nich gilotyną wyborczą, o ile do samych wyborów dojdzie terminowo. Papandreu i Berlusconi już przekonali się, że kiedy w grę wchodzi widmo recesji i panika wśród inwestorów – nie ma polityków niezastąpionych. Czują to także Sarkozy, Merkel, czy też Barack Obama. To od ich decyzji w dużej mierze będą zależeć przyszłe lata światowej gospodarki. Przy pikujących giełdowych indeksach, rosnącej rentowności obligacji i medialnej wizji kryzysu, wszyscy politycy jadą na tym samym wózku. Jeśli będą reformować, narażą się wyborcom. Jeśli nie – ocenią ich rynki finansowe.

Tomasz Jaroszek

2011-11-07 9:50

Świat pełen oburzonych

Kto nie lubi Wall Street, ten może przyłączyć się do ruchu maszerującego ulicami Nowego Jorku. Kto nie lubi rodzimego sektora bankowego może poszukać odpowiednika akcji u siebie. Jeśli jest się Grekiem, to przystępuje się do ruchu oburzonych szukaniem cięć i oszczędności. Znajdą się również oburzeni dużymi bankami, za to że są duże i pobierają opłaty za usługi. Tych znajdziemy najwięcej w Internecie. Entuzjastów oburzania się nie zabrakło w Polsce, chociaż na tle świata wypadamy mało przekonująco.

Nawet na ostatnich politycznych dyskusjach o ratowaniu Europy, prezydent Francji oburzył się na premiera Wielkiej Brytanii. Oburzyli się politycy z wysp. Anglicy myślą o opuszczeniu Unii Europejskiej. Prawdopodobieństwo wyjścia jest minimalne, jednak 70 posłów mogło zabłysnąć i usiłowało wymusić na brytyjskim parlamencie rozpisanie referendum w tej sprawie. Tak oto Anglicy oburzyli się na całą Unię Europejską w trakcie rozmów o jej ratowaniu.

Czytaj więcej w nowym numerze Przeglądu Finansowego!
Pobierz najnowszy numer

Europa oburzyła się na polityków, którzy, mieli rozwiązać problemy Grecji… rok temu? Polityczne obietnice mają to do siebie, że kiedy jest ich za dużo, obywatele tracą szybko rachubę. W pewnym momencie przestaje się liczyć, kiedy obietnice miały być spełnione. Problem Grecji jest rozwiązywany permanentnie. Od czasu, kiedy Europa zaczęła się tym martwić, pojawiły się już problemy we Włoszech i Hiszpanii.

W USA to dopiero są oburzeni. Zawód bankowca czy tez maklera nigdy nie cieszył się wysoką reputacją wśród społeczeństwa amerykańskiego, ale dzisiaj spekulant to słowo zakazane. Amerykanie uwielbiają zgromadzenia i protesty, kiedy mogą wyjść z transparentami i poszukać wspólnego wroga – banków. W pewnym sensie jest to odreagowanie na pogarszający się rynek pracy i spowolnienie gospodarcze. Kontrast pomiędzy całym rynkiem a grupą zawodową związaną z sektorem finansowym jest widoczny do tego stopnia, z stał się zapalnikiem do protestów. Pomimo kryzysu po upadku Lehman Brothers, bankowcy mają rekordowe zarobki, a Barack Obama próbuje przeforsować jakikolwiek plan stymulujący uśpiony rynek pracy. Można zatem oburzyć się w stylu Robin Hooda – na bogatych.

Oburzeni w USA mają dość banków nie tylko za rujnującą świat politykę. Zaważyły ceny. Kolejny protest wywołały podwyżki za karty debetowe. Oburzeni znaleźli sobie miejsce na Facebooku i jest ich już ponad 35 tysięcy. Liczba symboliczna w porównaniu z rozmiarami amerykańskiego sektora finansowego, jednak sama inicjatywa warta zauważenia. Klienci chcą podjąć działanie, zamiast tylko okupować miasta lub instytucje. Otóż chcieli pozamykać konta w dużych bankach. Tym oburzonym akurat się udało - Bank od America wycofał się z podwyżek jeszcze przed 5 listopada, który miał być kulminacja protestu. Jak widać, wystarczyło zrobić protest konkretny. Chociaż z drugiej strony bank ma teraz oręż w rękach swojego działu PR - przecież odpowiedział na apel klientów i nie podwyższył opłat.

Nie wiemy czy oburzył się premier Grecji czy wziął przykład z brytyjskiego parlamentu bądź helweckiej tradycji rozwiązywania wszystkich problemów poprzez referendum. Pisząc ten tekst nie ma żadnej gwarancji, że za godzinę sytuacja nie ulegnie zmianie. Sytuacja przypomina pokerowy stół, przy którym Niemcy i Francuzi próbują zgadnąć czy Papandreu blefuje czy faktycznie ma asa w rękawie. Grecy najwidoczniej oburzyli się na konieczność oszczędności w zamian za pomoc. Jak tak dalej pójdzie, inwestorzy znowu oburzą się na tę sytuację i zobaczymy spadki podobne do tych sierpniowych. Cierpliwość byków wystawiona jest na próbę.

Chociaż w Polsce oburzanie się wychodzi dosyć mizernie na tle świata, również chciałbym dorzucić swoją cegiełkę. Jestem oburzony, że piszę kolejny tekst o protestach, niezdecydowanych politykach i zadłużających się państwach. Banki stały się inwestycyjnymi maszynami, podczas gdy z definicji mają być instytucjami zaufania publicznego. Z kolei politycy w zamian za głosy wyborców porzucili długoterminowe reformowanie na rzecz krótkoterminowych obietnic. Trudno się dziwić, że ludzie wychodzą na ulicę, bo to oni pierwsi czują oddech recesji w Europie. Ilość problemów rośnie szybciej niż liczba protestujących na ulicach. Europa jest z kolei w tym samym miejscu, w którym była kiedy wiele miesięcy temu powstał problem krajów PIIGS.

Jest chyba już tylko jedna grupa, która nigdy się nie oburza, cały czas sumiennie pracuje i nie narzeka na zarobki i trudne czasy. Spekulanci.

Tomasz Jaroszek

2011-10-19 15:07

Jak reformować, Panie Premierze?

Polacy dokonali wyboru. Właściwie połowa Polaków, bo ponad 50 proc. uprawnionych do głosowania zdało się na opinie tych, którzy jednak przeszli się w niedzielę do wyborczej urny. Niecałe 40 proc. z tej połowy wybrało Platformę Obywatelską, jako sprawdzonych polityków na nadchodzące 4 lata. I tak oto szykuje się nowy-stary rząd, który przez kolejną kadencję spróbuje dokończyć obietnice z poprzednich. Zaskoczyć mogła porażka SLD i bardzo dobry wynik ugrupowania Janusza Palikota. Niemniej jednak, rządzący dostali ogromny kredyt zaufania. Jeśli tym razem nie zaczną działać, mogą rozliczyć ich nie tylko wyborcy, ale i agencje ratingowe. Koniec wyborów to także koniec czasu ochronnego ze strony światowych agencji.

Dlaczego kryzys w trefie euro i bardzo słabe reformy nie zostały wykorzystane przez opozycję w kampanii? Socjologowie tłumaczą, że Polacy wcale nie odczuli tak kryzysu żeby od razu głosować na opozycję. Ekonomiści dorzucają, że kryzys dopiero odczujemy, chociażby kiedy dotknie bezpośrednio sąsiadujących z nami Niemców. I znowu socjologowie, że w obawie przed nadchodzącymi problemami wybieramy to, co już znamy. Takim sposobem koło się zamknęło i spodziewane zmiany w rządzie będą jedynie wewnętrznymi roszadami ministrów. Ten kluczowy w czasie turbulencji finansowych, zostanie na swoim stanowisku. Kontrowersyjna postać Jacka Rostowsksiego przewija się przez wszystkie programy telewizyjne, radiowe i internetowe, jednak jego realne działania w najbliższych miesiącach są nadal jedną wielką niewiadomą.

Większość ekonomistów, którzy odwiedzili studio Bankier.tv po wyborach byli zgodni co do jednego – politycy muszą przestać oglądać się na słupki popularności i zacząć przeprowadzać realne zmiany, żeby nie skończyć tak jak Grecja – z ręką wyciągniętą do Unii po pieniądze. Obietnice wyborcze to stały element każdej kampanii, jednak te oderwane od rzeczywistości przestały w pewnym momencie działać. Najbardziej rozrzutne było SLD i najwięcej na wyborach straciło. Janusz Palikot przyciągał charyzmą, bo w programie wyborczym były całkiem spore cięcia wydatków, a nie puste obietnice. W tym roku wygrali ci, którzy nie obiecywali dużo. Przepraszali za to, czego nie skończyli, a co na pewno zrobią jak tylko damy im jeszcze jedną szansę.

Opozycja kryzysu nie wykorzystała, próbując bardziej pokazać nieudolność partii rządzącej. Nie udało się i tym razem przekonać Polaków zarówno do swojego programu, jak i do kryzysu, który podobno już w Polsce jest. Czy zmieniła się polska polityka czy raczej dojrzał polski wyborca? Jak na wygraną Platformy Obywatelskiej zareagowały rynki finansowe? Ile jeszcze poczekają agencje ratingowe?

Na te pytania odpowiadają goście w najnowszym numerze Przeglądu Finansowego

Podsumowując obietnice polityków i słuchając ekspertów, którzy licytowali się co do ilości koniecznych reform przypomina się kampania wyborcza obecnie rządzącej partii w Grecji. Oni też obiecywali rosnące emerytury, tańsze państwo i lepszą jakość życia. Dzisiaj pamiętają te obietnice co najwyżej dziennikarze. Nikt nie wróży Polsce podzielenia losów Grecji, ale po prostu polscy politycy powinni uczyć na błędach. Najlepiej cudzych.

2011-09-29 13:04

O dwóch takich, co mówili o bankach

Zachodnie banki inwestowały pieniądze w greckie obligacje i teraz znowu wraca widmo z 2008 roku. Amerykańskie banki inwestycyjne zaufały automatom i teraz próbują się z tego wycofać, bo zmienność na rynkach jest nie do zaakceptowania przez inwestorów. W tym wszystkim jest nadal walka z czekami, gotówką i nieodpowiedzialne zadłużanie się klientów. Chociaż widmo kryzysu zawisło nad całą światową gospodarką, możemy się pochwalić zieloną wyspą - nie tyle gospodarczą, co bankową. Tak jak sektor przetrwał upadek giganta zza oceanu, tak i teraz spogląda na problemy krajów PIIGS znacznie spokojniej niż chociażby nasi zachodni sąsiedzi.

W najnowszym numerze Przeglądu Finansowego mamy dwie rozmowy z profesorami, które dobrze oddają atmosferę wahań giełdowych, jakie obserwujemy w ostatnich tygodniach. Z jednej strony prof. Krzysztof Rybiński, którego katastrofalne scenariusze sprzed roku spełniają się z niebywałą precyzją. Po drugiej stronie mamy prof. Remigiusza Kaszubskiego ze Związku Banków Polskich, który uważa polski sektor bankowy za wzór do naśladowania. Obydwa wywiady na tematy bardzo różne i z zupełnie innym tłem. Wizja zadłużonej Europy i słabej polskiej waluty nijak ma się do rozwiniętej w Polsce biometrii przy akceptacji transakcji. Panowie są jednak zgodni co do tego, że bankowości można się od nas uczyć – zarówno w przypadku produktów, jak i polityki prowadzenia samych banków.

W czasie poprzedniego kryzysu do sektora dołączył Alior Bank, który już poważnie myśli o magicznej liczbie miliona klientów. Po upadku Lehman Brothers i walącej się piramidzie sektora finansowego w USA, polskie banki mogły przyglądać się z ciekawością. Same nie musiały brać ani złotówki od Skarbu Państwa, chociaż zachodni sąsiedzi nie oszczędzali budżetów. Dla nas wielkim wydarzeniem związanym z kryzysem była zmiana właściciela BZ WBK, tak jak dzisiaj spekuluje się o sprzedaży Millennium czy też Kredyt Banku. Chętnych nie brakuje, bo chociaż spółki matki mają solidne problemy, to polskie córki radzą sobie lepiej w czasie kryzysów niż niejeden zagraniczny bank w czasie hossy.

Czytaj więcej w nowym numerze Przeglądu Finansowego!
Pobierz najnowszy numer

Jak banki poradzą sobie z tym, co przewiduje prof. Rybiński? A może tym razem kryzys dosięgnie inne sektory, bo banki jednak się czegoś nauczyły? Po tym co dzieje się na światowych giełdach widać, ze skończył się czas prognozowania. Na rozdaniu nagród dla młodych przedsiębiorców, dziennikarze próbowali podpytać Leszka Czarneckiego o sytuację w sektorze bankowym. Prezes Getin Holding zapytany o prognozy dotyczące rynku odpowiedział, że stłukła się jego szklana kula, więc jest odcięty od prognoz rynkowych i informacji. Następną kulę dostanie najwcześniej za miesiąc. Tyle w kwestii prognozowania.

Tomasz Jaroszek

2011-09-18 14:35

Disneyland dla prezesów

Teren zarezerwowany tylko dla gości z przepustkami. Wielkie sale, ponad 150 paneli dyskusyjnych, wozy transmisyjne, studia telewizyjne, dziesiątki dziennikarzy, setki prezesów, ministrów i polityków. Długie dyskusje przy kawie, koktajl w Bloombergu, wymiana wizytówek, spotkania po latach. A wieczorem koncerty, bale, bankiety i lokale tylko do dyspozycji gości. Wszystko szczelnie chronione przed oczami całego świata. Wszyscy widzą tyle, ile zechcą pokazać media. Dobiegło końca polskie Davos, jak zwykło się mawiać o dorocznym Forum Ekonomicznym w Krynicy - wydarzeniu, na którym nie może zabraknąć nikogo, kto chce liczyć się w wielkim biznesie.

Bessa na rynkach nie popsuła humoru większości zebranych gości, jednak prezesi spółek, którzy myślą o debiucie na GPW jeszcze w tym roku uśmiechali się znacznie rzadziej niż Ci, którzy już na parkiecie są od lat. Chociaż dobre samopoczucie dopisywało większości zebranych, dało się wyczuć niepokój związany z obawami przed recesją, a w najlepszym wypadku spowolnieniem gospodarczym. Do XXII forum w przyszłym roku jeszcze wiele może się wydarzyć, łącznie z bankructwami państw, które w tym roku poprzez swoich panelistów próbowały udowodnić, że są na dobrej drodze, żeby zażegnać kryzys finansów publicznych. Sądząc po reakcji gości, uwierzono w obietnice w takim samym stopniu, jak w te wyborcze polityków, których w Krynicy również nie zabrakło.

Tematem przewodnim była kwestia partnerstwa i rywalizacji w ramach integracji Unii Europejskiej. Nie zabrakło wielkich nazwisk, jednak większość paneli jedynie naświetlała poszczególny program dając do zrozumienia, ze na jego rozwiązanie potrzeba miesięcy, a może i lat pracy. Nie zabrakło dyskusji o rozwoju gospodarczym i drodze wyjścia z kryzysu, jednak znacznie mniej odważnych prognozowało przyszłość strefy euro. Jeśli jedna mała Grecja ze swoim długiem potrafi wstrząsnąć całą strefą, to co stanie się, kiedy z problemami przyjdzie Hiszpania? Na to nikt nie odpowiedział, bo i nikt tego pytania wprost nie zadał.

Czytaj więcej w specjalnym numerze Przeglądu Finansowego! Relacje z Krynicy
Pobierz najnowszy numer

Tytułowe partnerstwo musi objawić się we wspólnej walce z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym, a wymieniona również rywalizacja staje się pojęciem coraz bardziej abstrakcyjnym. Przy dzisiejszych powiązaniach polityczno - gospodarczych państw na świecie, klęska jednego pociągnie za sobą co najmniej kilka wokoło. Dokładnie jak w przypadku Grecji, o którą boją się najbardziej…. niemieckie banki. W przypadku finansów obowiązuje obecnie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

Forum dla polityka w roku wyborczym różni się zasadniczo od pozostałych trzech w parlamentarnym czteroletnim cyklu. Dobrze odwiedzić Krynicę każdego roku, ale w latach z wyborami jest to wizyta wręcz obowiązkowa. Wtedy media czekają na program rozwiązania problemów gospodarki. Dostajemy wprawdzie to co zwykle, czyli garść obietnic, ale za to zamieszanie wokół liderów partii można porównać do szaleństwa fotoreporterów na światowych galach filmowych.

Na festiwalu filmowym w Cannes, po czerwonym dywanie, chce przejść każdy. Nawet jeśli nie ma nic do powiedzenia, ani nie zrobił żadnego dobrego filmu. W świecie polskiego biznesu obowiązkowy jest spacer po deptaku w Krynicy. Nawet jeśli za terenem zamkniętym zaczyna się kolejna fala kryzysu.

Tomasz Jaroszek

2011-08-29 8:17

Panika zamiast letniej hossy

Jesteśmy w końcówce wakacji, które z założenia miały być spokojne. Banki miały pokazać przyzwoite wyniki w sierpniu, USA miało podnieść limit zadłużenia, Europa miała odroczyć bankructwo Grecji i letnia hossa była na wyciągnięcie ręki. Thriller jaki zafundowały nam rynki przerósł oczekiwania analityków i komentatorów. Światowe gospodarki hamują, a inwestorzy przestraszyli się recesji. Wydaje się, że problem inflacji mamy za sobą, ale zadłużenie krajów strefy euro i plan cięć w USA to dopiero początek.

Na parkiecie polała się krew. Indeksy spadały z dnia na dzień, a kilka procent każdego dnia ubywało z portfeli tych, którzy nie zachowali zimnej krwi i nie sprzedali akcji w dobrym momencie. Dobre wyniki spółek nie miały znaczenia. Prezesi chwaląc się wzrostem dynamiki sprzedaży i stabilnym wzrostem przychodów w tym samym czasie sprawdzali na swoich telefonach skalę spadków akcji. Analitycy myląc się w większości prognoz poddali się i zaczęli pisać, że po prostu mamy do czynienia z paniką absolutną. Tak to już na rynkach bywa.

Czytaj więcej w najnowszym numerze Przeglądu Finansowego!
Pobierz najnowszy numer

Kiedy na giełdzie rozpoczyna się panika, zarówno analiza techniczna, jak i fundamentalna nie maja racji bytu. Rozpoczyna się psychologiczna wojna pomiędzy strachem a chciwością i to jej rezultat decyduje o momencie przerwania spadków. Tym razem giełdowe szaleństwo odczuli nie tylko maklerzy i inwestorzy indywidualni. Frank szwajcarski, który upatrzyli sobie spekulanci stał się pożywką nawet dla mediów, które o ekonomii piszą pomiędzy rubrykami z modą i pogodą na weekend. Kredytobiorcy spłacający swoje zadłużenie we frankach szwajcarskich dostali zainteresowanie tabloidów, polityków, Komisji Nadzoru Finansowego, kantorów i ostatecznie samych banków, które po wprowadzeniu ustawy antyspreadowej mogą znacznie mniej zarabiać. Nadal nikt nie potrafi powiedzieć, czy kurs helweckiej waluty unormuje się na długo, ale na pewno uznamy to za koronny temat sezonu ogórkowego.

Czy można uspokoić inwestorów? Szczerze wątpię. Nawet Ben Bernanke nie dał rady swoim ostatnim, długo wyczekiwanym przemówieniem. W wielu krajach zakazano nawet krótkiej sprzedaży, ale są to sztuczne interwencje w rynek. Szukamy analogii do sytuacji z 2008 roku. Tam był problem banków, którym pomagały państwa. Tutaj jest problem zarówno zadłużonych państw, jak i banków, które pompowały w obligacje tych państw pieniądze. W USA o problemach mówi się w kontekście Bank of America, zaś Europa drżała o Societe Generale. Jeśli dorzucimy do tego drugi co do wielkości bank w Niemczech – Commerzbank – wraz z jego greckimi obligacjami to sytuacja zaczyna się komplikować. Tym razem państwa nie mają pieniędzy by ratować banki, a to bankom zaczyna zależeć na ratowaniu państw, w które zainwestowały ogromne kwoty.

W sytuacji nie pomaga też żaden wskaźnik ekonomiczny, bo większość wskazuje na miejsce pomiędzy spowolnieniem gospodarki a recesją. Nie ma jednak przewagi w żadną ze stron, więc światu pozostaje niepewność. Problem w tym, że samospełniająca się przepowiednia działa w takich warunkach idealnie. Jeśli zaczniemy doszukiwać się światowej recesji, to prawdopodobnie samo pomożemy jej w realizacji. Nie tylko nie doczekaliśmy się letniej hossy, ale i stanęliśmy przed wizją kolejnej fali kryzysu. Najbliższe tygodnie będą decydujące, a politycy w USA i Europie muszą zacząć działać. W obietnice żaden inwestor już nie uwierzy.

Tomasz Jaroszek

2011-06-29 23:02

JSW na ostatnią chwilę

Licytowano czy oferta JSW przebije PZU, Tauron, GPW. Nikt nie zakładał porażki, jednak z zapisami czekano do ostatniego dnia. Inwestorzy nauczyli się, że nie ma sensu zamrażać większej gotówki przed ostatnim dniem zapisów. Jak wynika z danych mBanku, połowa ich klientów czekała absolutnie na ostatnią chwilę. Pytanie, czy zrobi podobnie ze sprzedażą akcji.

Minął ostatni dzień zapisów i pozostaje już tylko prognozowanie wyniku, jaki osiągnie Jastrzębska Spółka Węglowa w dniu debiutu. Tymczasem w samym mBanku uzbierało się 28 tys. zapisów z rachunku eMAKLER. Statystyka pokazuje jednak, że cały czas inwestuje ta sama grupa klientów i są już na tyle świadomi, że czekają z zapisami na ostatnią chwilę. Każdy, kto rozumie ideę pieniądza wie, że środki na rachunku powinny pracować. Klienci z mBanku, którzy zapisach na JSW stanowili kilkanaście procent całego rynku. Zakładając, że jest to reprezentatywna grupa przyszłych akcjonariuszy, możemy wnioskować, że tzw. akcjonariat obywatelski znacznie skuteczniej inwestuje swoje pieniądze.

Internetowe składanie zapisów i bardzo proste w obsłudze rachunki maklerskie ułatwiły inwestorom zarządzanie swoimi środkami. Jednak sprzedanie akcji może nie być takie proste. Kilkadziesiąt tysięcy klientów, którzy zechcą sprzedać akcje, gdy tylko pojawi się zysk, może mieć problem w przypadku przeładowania danymi. Bankowcy twierdzą, że są przygotowani na rekordowe zainteresowanie debiutem, ale jeśli kilkadziesiąt tysięcy inwestorów zechce wprowadzić zlecenie sprzedaży w krótkim przedziale czasowym, sama operacja może okazać się trudniejsza niż zakłada instrukcja. Tymczasem wykres szaleje i zyski mogą zarówno topnieć w oczach, jak i zwiększyć wartość samej inwestycji.

Może nie być również łatwe sprzedanie akcji, jeśli założyło się kilka rachunków. Statystyki mówiące o aktywnie inwestujących Polakach są imponujące . Liczba rachunków inwestycyjnych przekroczyła 1,5 mln. Biorąc pod uwagę polskie zamiłowanie do bezpiecznych lokat, nieufność do funduszy wywołaną kryzysem oraz niską wiedzę finansową, nie mamy wątpliwości, że statystyki to puste słowa. Pewni sukcesu przy debiutach liczą na łatwy zarobek i tym sposobem inwestorami zostają całe rodziny, chociaż tylko jedna osoba ma świadomość o samych inwestycjach.

Czy kolejny sukces prywatyzacji nabije kieszenie wszystkim zainteresowanym i będzie świadectwem sukcesu polityków przed nadchodzącymi wyborami? Banki i biura maklerskie zarobią na prowizjach, a zadowoleni inwestorzy po raz kolejny dostaną darmowy lunch lub solidny zysk, pod warunkiem, że zainwestowali całą rodziną. O ile tylko Grecja i USA nie popsują nastrojów.

Tomasz Jaroszek

2011-06-10 12:06

Subtelne strzyżenie owiec

Wojna na konta, jaką znamy z poprzedniego roku zmieniła znacząco oblicze. Banki nadal oferują darmowe rachunki, ale tylko dla aktywnych klientów. Za kluczowy istotny można uznać ruch mBanku o wprowadzeniu opłaty za konta. Prezes Stypułkowski wspominał, że liczą się wyniki i segment detaliczny będzie musiał lepiej zarabiać. Pozostaje pytanie czy te ruch zostanie przez klientów zignorowany czy faktycznie wywoła efekt na rynku.

2 zł za kartę debetową to nie jest kwota, która może odstraszyć całkowicie klienta od banku, w szczególności, ze wystarczy zapłacić za jedne większe zakupy kartą i problem z głowy. W skali całego banku to jednak konkretna liczba, która podkręci licznik przychodów zamontowany w banku przez prezesa Stypułkowskiego. Bank uchodził jednak za ostoję darmowych usług i podstawowe narzędzie do operacji bankowych dla Internautów. Stąd między innymi ogromny przyrost rachunków w mBanku, kiedy był jednym z niewielu absolutnie darmowych banków i jedyną instytucją z bezpłatnym rachunkiem maklerskim. Wprowadzenie nawet tak subtelnej opłaty odarło bank marketingowo – nie jest już wiecznie bezpłatnym rozwiązaniem dla Internautów. Pozostaje czekać, co na to 2 mln klientów.

Ponad rok temu Alior Bank podniósł drastycznie opłaty za prowadzenie konta, które dotychczas pozycjonowano jako darmowe. Ruch miał wywołać drastyczny odpływ klientów, a skończyło się na marketingowej odpowiedzi mBanku i znikomym odejściu posiadaczy rachunków. Dopiero teraz widać wyraźniejszą migrację. Próbował na tym skorzystać sam mBank z kampanią przeciekającego melonika. Polscy klienci dużo o opłatach rozmawiają, czasem nawet porównują oferty rachunków. Ostatecznie jednak kończy się na narzekaniach, że znowu podnieśli opłaty lub wydali „nasze pieniądze” na kampanię z celebrytami. Banków jednak nie chcemy zmieniać.

Czytaj więcej w najnowszym numerze Przeglądu Finansowego!
Pobierz najnowszy numer

Sektor bankowy nabiera rozpędu w sprzedaży produktów, ale jak widać po ruchu mBanku – kończą się czasy całkowicie darmowych usług. Mniejsi gracze nadal próbują płacić klientom za poszczególne operacje, a Kredyt Bank ofertuje nawet 7 proc. na koncie osobistym. Jest to jednak oprocentowanie do 3 tys. zł, więc o alternatywie dla depozytów trudno tutaj mówić. Mocne wejście zaliczył PKO Bank Polski z kampanią Szymona Majewskiego, lecz nawet ponad 100 tys. otwartych rachunków może nie przykryć afery dotyczącej kwoty, jaką zarobiła telewizyjna gwiazda. Poza tym przyrost klientów PKO BP to odrabianie strat za poprzednie miesiące, tysiące klientów uciekało do znacznie tańszych banków. Zaczyna się niebawem sezon wakacyjny i tym klientom, których wcześniej się nabyło, będzie można teraz sprzedawać kredyty gotówkowe na letnie wyjazdy. Chociaż wydaje się to bardzo uproszczonym myśleniem, to jednak finanse są poniekąd biznesem sezonowym. Tak jak i hipoteki, tak i kredyty gotówkowego mają swoje lepsze i gorsze miesiące, a silna sprzedaż rachunków osobistych może wyhamować, gdy tylko Polacy poczują wakacyjne lenistwo. Może dlatego mBank zdecydował się na zmiany w cenniku w okresie wakacyjnym? Tzw. sezon ogórkowy rządzi się swoimi prawami i większość banków będzie się raczej szykować do wrześniowych akcji promocyjnych, a niewygodne decyzje, dokładnie takie jak opłata za karty debetowe, będą pojawiać się po cichu w letnich miesiącach. Banki to nie są instytucje charytatywne i zarabiać muszą. Ciekawe tylko czy klienci zorientują się, kiedy zacznie się prawdziwe „strzyżenie owiec”.

Tomasz Jaroszek,
Redaktor Naczelny
Przegląd Finansowy Bankier.pl